|
Do Korony Himalajów zmierza w imponującym tempie. Mimo to, znalazła chwilę czasu, by nam o tym opowiedzieć. W przeddzień wyprawy na Kanczendzongę rozmawiamy z Kingą Baranowską, zdobywczynią pięciu ośmiotysięczników. Od końca marca znów trzymamy kciuki za jej powodzenie w Himalajach.
- Dhaulagiri, zdobyte przez Ciebie w zeszłym roku, to pierwsza góra pod którą wróciłaś. To wyrównanie rachunku za nieudaną wyprawę z 2007 ?
- Nie. Nie traktuję gór jako wyrównywania rachunku, bo to byłaby bardzo nierówna walka. Góra musi po prostu pozwolić wejść na jej wierzchołek. Jeżeli mówi „nie”, trzeba się wycofać i spróbować jeszcze raz.
- Wielu taterników twierdzi, że Zakopane mogłoby nie istnieć. Nepal i Katmandu też mogłyby nie istnieć ?
- Niech istnieją. Nepal jest dla mnie bardzo ciekawy kulturowo. Fascynuje już sama religia buddyjska. Nie mam negatywnych skojarzeń z Nepalem. Katmandu bywa zatłoczone i hałaśliwe, ale za to Pokhara to dla mnie takie schronienie, gdzie można sobie odpocząć. Oczywiście zależy czego kto szuka – ja po wyprawie przede wszystkim chcę odpocząć. I wtedy przeszkadza hałas i pełno ludzi na ulicach. Natomiast jeśli ktoś chce tylko zwiedzać tylko Nepal, będzie zachwycony właśnie tym, co mnie może męczyć.
- Na szczycie ośmiotysięcznika podobno nie ma euforii. To kiedy jest ?
- Na szczycie jestem bardzo zmęczona. Myślę raczej o tym, żeby bezpiecznie wrócić na dół. Radość okazuję dopiero w bazie, kiedy już wiadomo, że wszystko się udało.
- Ośmiotysięcznik, to nie wyprawa w Alpy, gdzie wystarczy samochód i paru przyjaciół. Jak zawędrowałaś na swoją pierwszą górę powyżej ośmiu tysięcy metrów ?
- To była konsekwentna droga. Taka moja osobista ścieżka, która prowadziła przez coraz wyższe góry. Kiedy stanęłam na niemal siedmiu tysiącach w Tien Szanie, to było naturalne, że pójdę wyżej. Zebrał się trzyosobowy polski zespół na Cho Oyu i pojechaliśmy. W bazie dołączyliśmy jeszcze do innej ekipy, dzięki czemu koszt pozwolenia na wyjście rozłożył się na więcej osób. I wyszliśmy.
- Jak długie jest podejście pod ośmiotysięcznik ?
-Zwykle trzy-cztery kilometry do zrobienia w pionie od bazy. Ale to nie wszystko. Pod większość wysokich gór w Nepalu nie prowadzą drogi. Na najbliższej wyprawie, na Kanczendzongę, będziemy podchodzić do podnóża dwa tygodnie na nogach. To nie dlatego, że tak nam się podoba, tylko po prostu inaczej się nie da.
- Zaczęłaś korzystać z usług agencji wizerunkowej. Czujesz się gwiazdą ?
- Zwróciłam się do nich z bardzo prozaicznego powodu. Chcę, żeby pomogli mi w znalezieniu sponsorów. Kiedy mam na głowie planowanie całej wyprawy – od sprzętu po logistykę, nie zostaje mi wiele czasu, na szukanie funduszy. A to bardzo skomplikowana sprawa.
- Twoja prelekcja na Festiwalu 3 Żywioły nosiła tytuł „Pierwsza Polka na dwóch ośmiotysięcznikach”. Podział na kobiety i mężczyzn w himalaiźmie jest sensowny ?
- No, kobieta i mężczyzna to są różne stworzenia. (śmiech)
- Himalaistka i himalaista też ?
- Tak. Nie chcę tego porównać do sportu, bo himalaizm do końca sportem nie jest, ale przypomina go pod jednym względem. Istnieje dyscyplina męska i damska.
- Ale przecież zespoły są mieszane.
- Owszem. Głównie dlatego, że kobiet jest bardzo mało – 90% ludzi w górach to faceci. Raz mi się udało stworzyć zespół kobiecy, kiedy z Kasią Skłodowską szłyśmy na Dhaulagiri, ale zwykle fizycznie nie ma z kim pojechać.
- Teraz też będziesz działać w mieszanym zespole ?
- Tak, podobnie jak na poprzedniej wyprawie, będę iść razem z Hiszpanami. Na Kanczendzongę jest mało wypraw – tutaj ciężko wybierać sobie zespół. Zaledwie trójka Polaków była do tej pory na szczycie. Oczywiście sami mężczyźni.
- Rok temu, jadąc na Dhaulagiri, planowałaś już, że następne będzie Manaslu, a potem Kanczendzonga ?
- Nie. Po Dhaulagiri chciałam jechać na Gasherbrumy. Taki był plan, ale przytrafił mi się wiosną wypadek na Dhaulagiri. Na szczęście niegroźny, ale musiałam ze względów zdrowotnych przełożyć następną wyprawę na jesień. Padło na Manaslu. To nie jest tak, żebym wybierała jakieś góry, bo akurat nie było tam żadnej Polki. Decydują różne czynniki – dostępność szczytu, czy w ogóle da się na nią wyjść w tym sezonie, kiedy planuję wyprawę. Nie wszystkie szczyty na przykład „puszczą” w trakcie polskiej jesieni, czyli czasu po monsunie.
- A kwestia przypadku też jest jakimś czynnikiem ?
- Nie, tu nie ma przypadku. To po prostu działanie w obrębie określonych możliwości. Oczywiście mam swoje wymarzone góry i długo się do nich przygotowuję. Ale kiedy w końcu okazało się, że nie mogę jechać na Gahserbrumy, zaczęłam zastanawiać się między Shisha Pangmą a Manaslu. Shisha Pangma leży w Tybecie, a akurat wtedy Chiny Tybet zamknęły. Stanęło więc na Manaslu.
- Przez Nepal niedawno przetoczyła się rewolucja komunistyczna. To nie powoduje problemów ?
- Nie odczułam tego do tej pory. Większość czasu spędzam w górach, a tam od lat nic się nie zmieniło. Kiedy mieszka się w bazie na 4800 metrów nad poziom morza, wiele rzeczy traci na znaczeniu.
Rozmawiał Tomek Mucha
Relacja z wyprawy Kingi Baranowskiej na Manaslu
Dodaj do:
|
Komentarze