Newsletter

Zamów naszego newslettera



Konin - Dakar: Aid Benhaddou - Teloute, ciężka przeprawa PDF Drukuj Email
Wpisany przez Artur Lorenc   
Poniedziałek, 02 Listopad 2009 17:18
Gdy budzę się rano, słyszę charakterystyczne mlaskanie tuż obok namiotu. W głowie przewijają mi się różne skojarzenia. Co to może być? No tak, zeszłego wieczora wyrzuciłem resztki makaronu i teraz są one konsumowane przez jakiegoś bezpańskiego psa. Przed wyjazdem słyszałem, że na dzikie psy w Maroku lepiej uważać, a teraz na moje zaproszenie jeden z nich kilka metrów dalej posila sie gratisowym śniadaniem.

Mogłem sie domyśleć, że jedzenie zwabi jakieś zwierzę. Już raz kiedyś tak zrobiłem i musiałem odpierać inwazję mrówek. Wreszcie pies odchodzi, ale szczekanie i ujadanie cały czas dochodzi z oddali. W Ait Benhadou, kilka kilometrów od głównej drogi znajduje się najsłynniejsza kazba (warownia) w Maroku. Była ona wykorzystywana jako sceneria w takich filmach jak"Gladiator", czy "Klejnot Nilu" z Michalem Douglasem. Przejeżdżając tak blisko nie mogłem jej nie zobaczyć. Z Ait Benhadou nie wracam już do głównej drogi tylko udaję się mniej uczeszczaną, ale wydaje się bardziej atrakcyjną trasą na północ do Telouet. Nie miałem tego w planach, ale patrząc na mapę wydało mi się to bardziej atrakcyjne. Po kilku kilometrach kończy się asfalt i zaczyna droga szutrowa. Czeka mnie prawdziwa przeprawa przez góry - myślę sobie. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, ze słowo "przeprawa" okaże się kluczowe.

Droga prowadzi wzdłuż rzeki i malowniczej doliny, w której intensywna zieleń oaz aż kipi i wylewa się na otacząjace góry. Wioski przez ktore przejeżdżam zdają się być z zupełnie innej epoki, jakby czas się tutaj zatrzymał kilkaset lat temu. Przypominają zaginione miasta z filmów przygodowych i tylko białe talerze anten satelitarnych na dachach lepianek przygniecione kamieniami żeby ich wiatr nie porwał, zdradzają postęp cywilizacji, który dotarł do najdalszych zakamarków i odcisnął swoje piętno. Ja mimo wszystko czuję się jakbym przekroczył magiczną bramę i przeniósł się w czasie moim trójkołowym wehikułem. Ma on jednak coraz większe kłopoty z pokonywaniem kolejnych przeszkód jakie pojawiają się na drodze. Rzeka, w której woda sięga prawie kolan wydaje się ciekawym urozmaiceniem, ale szutrowa trasa odchodzi powoli w zapomnienie. Pojawiają się kamienie, żeby nie powiedzieć głazy, a droga zaczyna przypominać bardziej górski szlak niż coś, po czym można jechać. Droga, a ja razem z nią wdrapujemy się coraz wyżej po prawie pionowej ścianie, kreśląc charakterystyczne zakosy. Poruszanie sie pod górę po kamieniach przypomina dosłownie wdrapywanie się centymetr po centymetrze. Momentami zatrzymuję się prawie w miejscu próbując złapać równowagę mając jednocześnie świadomość, że przepaść po mojej lewej stronie szeroko otwiera swoją paszczę i z checią chciałaby mnie pożreć. Dociera do mnie, że jeden fałszywy ruch może mieć tragiczne skutki. Wjeżdżając cały czas na stojąco odnoszę wrażenie, że przypomina to bardziej balansowanie na linie niż jazdę na rowerze. Licznik nawet nie wskazuje prędkości i cały czas widnieja na nim zera. Zaczynam się zastanawiać w co ja się wpakowałem. Takie male urozmaicenie? Jeszcze mało wrażeń? Miało być ciekawiej, to proszę bardzo. W pewnym momencie trasa staje się tak kamienista, że przestaje mieć z drogą cokolwiek wspólnego, przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu. Rusza jednocześnie ostro pod górę i wywraca rower. Probuję ruszyć dalej, ale kolejne próby są bezskuteczne. Tak łatwo się jednak mnie stąd nie pozbędziesz. Skoro już zacząłem, to dojadę albo dopcham rower do końca. Patrząc jednak w górę zaczynam się zastanawiać czy jest to w ogóle mozliwe. Po raz pierwszy przechodzi mi przez głowę myśl, żeby zawrócić. Natychmiast takie farmazony trzeba tłamsić w zarodku. Chwytam kierownicę z całych sił i z impetem napieram przesuwając rower do góry. Na grząskich kamieniach zarówno koła jak i moje buty zsuwają się co chwilę w dół. Trudno jest się o cokolwiek zaprzeć. Pokonanie kilku metrów staje się morderczym wysiłkiem, po którym z trudem łapię odech. Wierzchołek wzniesienia tkwi jak wmurowany i wcale się nie przybliża. Trudno jednak, żeby było inaczej, skoro przez godzinę czasu przesunąłem się o około 300 metrów. W ramionach pojawia się piekący ból. Patrząc w górę mam ochotę zawyć z bezsilności. To jest moment kiedy szala przechyla się w jedną stronę. Albo powiesz sobie "pas, zrobiłem co mogłem", albo zaczniesz robić jeszcze więcej, uruchamiając najgłębsze pokłady silnej woli, które tkwiły do tej pory nietknięte. Druga opcja, to jak operowanie psychiki bez znieczulenia. Niemoc, którą trzeba konsekwentnie przełamywać i ślepe brnięcie w beznadzieję. Wielokrotnie rzucam rower, ale po chwili dalej targam to obładowane żelastwo do góry. Psychika, na codzień tak skomplikowany twór, tutaj staje się otwartą księgą, z której wyczytać można wszystko. Rozkładana jest na części kawałek po kawałku, po czym budowana na nowo. To czy zostanie dobrze poskładana i stanie się silniejsza zależy tylko od naszej silnej woli. Na ostatnich 200 metrach dwóch chłopaków widząc moje zmagania i coraz gorszy ich skutek pomaga mi wepchnąć rower na góre. Dowiaduję się, że droga ta jest pokonywana przez samochody terenowe i motocykle. Trudno im uwierzyć , że z takim rowerem zdecydowałem się na tę trasę. Po drodze mówili mi, że jest to niemożliwe, ale jakoś im nie uwierzyłem. Dalej jest łatwiej. Szlak zaczyna opadać, ale w dalszym ciągu jest bardzo kamienisty i zjeżdżam z prędkością kilku kilometrów na godzinę, uważając, żeby się nie ześlizgnąć na dno kanionu. Widoki jednak są oszałamiające. Zdecydowanie warte takiej ceny. Do drogi asfaltowej podziurawionej jak ser szwajcarski docieram po 30 kilometrach i prawie 6 godzinach jazdy. Jestem skonany. Satysfakcja jest jednak po stokroć większa.

Dodaj do:

Wykop    Gwar

Komentarze

Imię/nick *
Email (dla weryfikacji i odpowiedzi)
URL
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Zmieniony ( Poniedziałek, 02 Listopad 2009 18:02 )
 
statystyka